niedziela, 22 stycznia 2017

Żadnego rozdziału więcej nie będzie!

Podobnie jak w przypadku Wattpada, zamknięcie blogów nie oznacza końca pisania i publikowania. I o ile z Wattpada rezygnuję całkiem, o tyle na Blogerze pozostanę, tyle tylko, że jedynie pod jednym adresem, pod tym autorskim:
Chcę po prostu zająć się pisaniem bardziej na poważnie i chcę by kojarzono moją twórczość ze mną. Łatwiej mi i czytelnikom też będzie manewrować między kilkoma opowiadaniami na jednej stronie, niż kilkoma różnymi stronami.
Planuję też zajmować się jednym opowiadaniem i dopiero po opublikowaniu go do końca, zająć się kolejnym. To nie jest tak, że tych innych nie będę w tym czasie pisał, bo będę, jak tylko jakiś pomysł wpadnie mi do głowy. Chcę jednak, by wszystko było spójne i dobrze przemyślane, dlatego to tylko jedno opowiadanie będzie takim głównym, a te inne, to wiadomo, że przed publikacją będę jeszcze czytał każdy rozdział od początku, więc łatwiej o niepopełnienie gafy i narzucenie odpowiednich poprawek w razie czego.
Mam nadzieję, że wybaczycie mi, iż podjąłem taką decyzję, a ci którzy byli przy końcu jakiegoś opowiadania, takim jest jedynie „Skradzione dziecko”, proponuję, by zwrócili się do mnie mailowo, to do końca lutego doślę im dwa ostatnie rozdziały oraz epilog, jeśli tak bardzo nie mogą doczekać się zakończenia.
Pozdrawiam i jeszcze raz serdecznie Was wszystkich zapraszam:

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Rozdział 3: Pośród licznych niedopowiedzeń (część 1)


Opadły mgły, skończyła się noc
I nagle świt przywrócił ci wzrok
Coś nie jest tak jak miało być
W życiu twym...

Hadrian siedział w gabinecie na komisariacie policji. Dzielił to pomieszczenie ze swoim partnerem, na dodatek, gdy kończyła się ich zmiana, to pojawiała się kolejna para policjantów i zajmowała dokładnie ten sam gabinet. Budynek małomiasteczkowej policji był za mały, by mieć możliwość dać do użytku każdego osobny pokój. Byli więc zmuszeni dzielić jeden na czterech, dwójkami, w systemie dwunastogodzinnym. Choć nie ma co ukrywać, że Hadrian już dawno nie pamiętał, by w nocy gościł w pracy. Zazwyczaj zwalał ten obowiązek na młodszego Julio, który w razie, gdyby coś się działo miał dzwonić na jego numer domowy, a on miał być pod telefonem i nigdzie się nie szlajać. Czasami jednak się szlajał, ale Alarcon wiedział, że gdyby naprawdę to było konieczne, to żona odnalazłaby go bez problemu, w końcu on mógł być tylko w dwóch miejscach, albo u Pedro Rivery, albo w barze wraz z Pedro Rivera i Arturo Bosca.
Teraz jednak był dzień, godzina obiadowa, a żołądek Hadriana zdawał się zaciskać w pięść. Mężczyzna był głodny jak jeszcze nigdy w życiu, ale też nie miał ochoty na przeżuwanie i przełykanie czegokolwiek. Przed jego oczami ciągle stał obraz trupa znalezionego nad rzeką, nieopodal starej chaty, która była bazą większości dzieci z pobliskiej podstawówki. Z resztą wiadomość, którą co jakiś czas wyjmował z kieszeni, wskazywała właśnie na to, że to dzieci pierwsze znalazły Glorię.
– Skąd wiedziały jak ma na imię? – głowił się policjant i nawet pomrukiwał to pytanie na głos, korzystając z okazji, że w gabinecie był sam. – Przecież w miasteczku nie ma nikogo o takim imieniu – dopowiadał, a jednocześnie odnosił wrażenie jakby już gdzieś słyszał to imię, jakby ktoś je w niedalekiej przeszłości, w jego obecności, wypowiedział. Nie pamiętał tylko kto i w jakich okolicznościach to zrobił.
Zmęczony po nadprogramowej zmianie miał w planach szybko się ubrać i wrócić do domu. Już gdy wsuwał pierwszą rękę w rękaw granatowego swetra, to wiedział, że konieczne będzie jego szybkie wypranie. Ubranie przesiąknęło swądem trupim i wilgocią ze starej chaty nadrzecznej.
– Hadrian? – odezwał się Julio, jeszcze zanim sam przed sobą otworzył drzwi. Wszedł do środka i nieco zmieszany stanął przed starszym kolegą.
– Co się stało, młody? – Uniósł na niego podbródek i wysilił się na krzywy uśmiech.
– Clara, twoja żona...
– Wiem jak ma na imię moja żona – warknął nieprzyjemnie, bo tak naprawdę temat rudowłosej był ostatnim, który chciał poruszać. Uważał, że on jest w stanie spędzić mu jedynie sen z powiek, a niczego nie pragnął bardziej jak odlecieć morfeuszowym rydwanem do krainy sennych marzeń, z dala od koszmarów dnia codziennego.
– Ona tu jest – syknął szybko.
– Jak to tu jest? – zapytał zaskoczony. Nie czekał na odpowiedź, od razu wyszedł na korytarz. – Co ty tu robisz?! – uniósł się, gdy stanął z żoną twarzą w twarz.
– Już nic. Już wracam do domu.
– Po co przyszłaś? – dopytywał.
– A jak myślisz? – Spojrzała na niego w taki sposób, jakby rzucała mu wyzwanie. – Ostrzegałam cię, Hadrianie. Nie jestem kobietą, na którą bezkarnie będziesz podnosił rękę.
– Mów ciszej – polecił i rozejrzał się dookoła, choć obok nich jedynie sprzątaczka zmiatała podłogi.
Przetarł twarz dłońmi, chcąc w ten sposób zetrzeć z niej wyraźne oznaki zmęczenia. Złapał żonę za ramię, wbijając boleśnie palce w miękką, delikatną skórę.
– Idziemy. – Uniósł rękę, którą ją trzymał na tyle, by miała możliwość iść na palcach. W planie miał opuszczenie komisariatu, a następnie chciał się w domu z żoną rozmówić.
W plan Hadriana wszedł jednak głos komendanta, który rozniósł się po całym korytarzu i odbił od pleców Alarcona.
– Zapraszam do siebie, milionerze – zachęcał i wskazywał na otwarte drzwi prowadzące do gabinetu.
– W domu sobie porozmawiamy – rzucił ostrzegawczym tonem w stronę żony, a następnie z oburzeniem wymalowanym na twarzy powędrował na rozmowę z komendantem, za którym, swoją drogą, nie przepadał.

Sylvia trzymając syna za rękę wprowadziła go do domu. Nazywając przy tym łobuzem i największym z hultajów. On jednak wcale się tym nie przejął i nadal uważał, że jest niewinny i że wszystkie oskarżenia padły na niego całkiem niesłusznie.
– Posprzątajcie tu – poleciła obydwóm, a sama wzięła Clarę na ręce, by ją uspokoić i noszeniem zapewnić dziewczynce choć małą ulgę w ząbkowaniu.
Na nic się to jednak zdało, na dodatek mały Matteo także chciał na rączki, więc Sylvia zdecydowała się usiąść, wziąć oboje na kolana i otworzyć jedną z kolorowych książeczek, by choć po trochu każdego z nich zająć.
Chłopcy natomiast w kuchni przepychali się i jeden drugiego zaganiał do pracy, której sam nie miał ochoty wykonywać.
– To ty stłukłeś ten talerz. Ty powinieneś wyjmować to szkło – powiedział Antonio i szturchnął przy tym Jacopo w ramię.
– Ale to ty zabrałeś nóż z miejsca zbrodni i zawsze mogę o tym powiedzieć, jeśli...
– Gnoju ty! – krzyknął blondynek i pchnął Jacopo z taką siłą, że ten wpadł na krzesło, które przy tym przewrócił i sam również przez to upadł.
– Nienormalny jesteś!? – zapytał, wstając i otrzepując się z kurzu, którego zresztą w domu prawie wcale nie było, bo mama na bieżąco sprzątała i niemal co tydzień wycierała wszystkie szafki, blaty i bibeloty.
– Co wy tam znowu robicie!? – krzyknęła Sylvia, ale nie miała siły na nic więcej jak tylko na wychylenie się przez oparcie kanapy i zerknięcie na dwóch urwisów, którzy już byli bliscy do tego, by rozpocząć wzajemne okładanie się pięściami. – Powiem ojcu i nie chciałabym być w waszej skórze, gdy wróci – zagroziła.
Antonio i Jacopo na krótką chwilę się uspokoili, ale szybko każdy z nich doszedł do tego samego wniosku. Ich matka zawsze groziła, że na nich naskarży, ale tak naprawdę jeszcze ani razu tego nie zrobiła. Poczuli się więc całkiem bezkarni.
– Powiedz mi co znowu znalazłeś – rzucił niemal rozkazującym tonem starszy z braci.
– Gówno psie – odpowiedział z wyraźnym zadowoleniem Antonio. Uśmiechnął się, otwierając przy tym buzię i wsuwając język między zęby.
Stojąc przy zlewozmywaku zaczęli się przepychać i obrzucać wzajemnie wyzwiskami.
– Jacopo! Antonio! – wypowiedziane mocnym, męskim barytonem, wystarczyło by w sekundę przestali i odwrócili się przodem do ojca.
– Tata? – zdziwił się dziesięciolatek. – Tak szybko z pracy wróciłeś? – zagadnął.
– Co wam mama kazała zrobić? – zapytał rzeczowo, zupełnie pomijając pytanie zadane przez Antonio. Oparł się o futrynę i wcisnął dłonie do kieszeni popielatych spodni. Miał na sobie białą koszulę i idealnie skrojoną kamizelkę.
– Pozmywać – odpowiedział Jacopo. – I to szkło wyciągnąć, ale możemy się pokaleczyć.
– Trudno, życie też kaleczy. Dlaczego żaden z was nie robi tego co powinien, tylko się lejecie jak jakieś pijusy pod sklepem? – Podszedł bliżej chłopców. W pewnym momencie stanął dokładnie między nimi, a ich najwidoczniej strach obleciał, ale całkiem niesłusznie, gdyż ojciec sięgnął jedynie do szklanki i podłożył ją pod kran, chcąc się napić wody. – Pytanie wam zadałem – przypomniał, siadając na jednym z pobliskich krzeseł. Zwrócił też uwagę na to, że jedno z nich zostało przewrócone i nikt do tej pory go nie postawił i nie przysunął do stołu, tak jakby należało.
Antonio i Jacopo spojrzeli najpierw po sobie, a potem na ojca. Od matki odznaczał się tym, że zazwyczaj był spokojny i nie krzyczał tak jak ona, ale był też surowszy, nie odpuszczał i nie rzucał słów na wiatr.
– Rozumiem, że żaden mi nie odpowie. – Poczynił łyka i zaczął przyglądać się pozostałej cieczy w przezroczystej szklance. – Sformułuję więc pytanie inaczej. Czy i jeden, i drugi oberwał ostatnio za mało, że znowu was coś bierze i robicie tak jak robić nie powinniście?
Chłopcy ponownie spojrzeli po sobie, a następnie pokręcili głowami.
– Nie rozmawiacie z niemową – zwrócił im uwagę ojciec. – Macie skończyć się wydurniać, przepychać, szarpać. Dostaliście jakieś zadanie i macie je wykonać, tu nie ma czasu na dyskusje ani miejsca na przerzucanie się winą.
– No ale to on... – zaczął Antonio, jednak zamilkł, gdy ojciec na niego spojrzał.
– Nie interesuje mnie kto, co i kiedy – odparł leniwie, zmęczonym głosem. – Jesteście braćmi i macie się szanować, macie się wspierać, pomagać sobie, a nie jeden na drugiego donosić, się przepychać. Czy widział któryś byśmy ja z mamą tak robili? Nie, nie robimy, a też się czasami nie lubimy i w trzy czwarte podejmowanych decyzji mamy inne zdania. Ja wam daję pół godziny, jesteście we dwóch, więc macie się podzielić obowiązkami i posprzątać tu na błysk. A potem mam do was jeszcze jedną sprawę. – Wstał i skierował się do wyjścia z kuchni, które cały czas było otwarte, bo nie miało zamontowanych drzwi, a jedynie zasłonkę z koralików, które przyjemnie odbijały się jeden o drugi, ale nie w tym momencie, gdyż teraz były związane, a owo wiązanie zaczepione o niewielki hak wbity w drewnianą futrynę.
– Tato! – zawołał Jacopo.
– Tak?
– Przepraszamy.
Arturo spojrzał na starszego syna, który stał ze spojrzeniem wbitym we wzór starego, wytartego gumolitu i na tego młodszego, najwyraźniej się mocno nudzącego, gdyż rozglądał się po całym pomieszczeniu i bujał, odbijając o szafkę zlewozmywaka.
– Przepraszamy czy przepraszasz? – zapytał rzeczowo. – Nie mów za brata – pouczył.
– Ja też przepraszam! – ożywił się nagle Antonio i nawet przy tym uśmiechnął.
Ojciec odpowiedział mu niemal identycznym uśmiechem, ale w przeciwieństwie do chłopca szybko pozbył się go z twarzy i pogroził obydwóm synom palcem.
– Macie pół godziny – przypomniał.
Ledwie wszedł do pokoju, a mały Matteo zaplątał się między jego nogi. Chwycił chłopca za ramiona i podrzucił do góry. Zaczął do niego mówić to co zwykle w takich momentach, czyli pytać, kto jest taki duży i kto potrafi latać. W końcu upuścił czterolatka na kanapę nieopodal żony i zaczął łaskotać.
– Jesteś w dobrym humorze – zauważyła Sylvia, odbierając od Clary jeden z drewnianych klocków, który dziewczynka jej przyniosła.
– Często jestem w dobrym humorze. Tylko ostatnio byłem przemęczony – usprawiedliwił się i przeszedł za oparcie kanapy. Musnął żonę w blond włosy, a potem zrobił dwa kroki w bok i złapał Matteo za dłonie, pozwalając chłopcu, by ten wspinał się po oparciu. – Kiedyś spadniesz – zagadnął do niego, ale w odpowiedzi usłyszał tylko szczęśliwy, dziecięcy śmiech, gdy czterolatkowi udało się dotrzeć na szczyt.

Alarcon czuł się dokładnie tak jak za dawnych lat, gdy jeszcze chodził do szkoły i lądował na dywaniku u dyrektora. Jako, że kumplował się od wczesnego dzieciństwa z Pedro Rivera, to ich wizyty w gabinecie u dyrektora były częstsze niż zliczone wizyty wszystkich uczniów. Zawsze jednak towarzyszył mu ten sam strach i skurcz żołądka. Teraz nie było inaczej.
– Słucham panie komendancie – odezwał się jako pierwszy, stając za jednym z krzeseł.
– Siądź sobie, Alarcon i powiedz mi Alarcon coś ty nawyczyniał, co? – Dante poczekał aż jego pracownik zajmie miejsce, a potem kontynuował – jesteś policjantem, stoisz poniekąd na czele prawa, masz mieszkańców ochraniać, a ty żonę bijesz?
– Nie wierzę, że tu przyszła to powiedzieć – szepnął brunet sam do siebie.
– Ale przyszła – podchwycił Olmedo. – I dobrze zrobiła. Gdzieś ty miał rozum, gdy ją bił, co? – dopytywał. Wstał i zaczął się przechadzać po niewielkim pomieszczeniu. Zaglądał do każdej z szuflad w poszukiwaniu papierosów.
– Nie biłem jej – odpowiedział szybko Hadrian, zakładając przy tym nogę na nogę.
– A ona uważa inaczej! – uniósł się Dante i ucieszył, bo w końcu znalazł upragnioną paczkę. Wsunął papierosa do ust, ale nie odpalił, był na etapie rzucania niewygodnego nałogu.
– To był tylko policzek.
– Pieniądze tatusia ci mózg wyprały, czy jak!? Policzek to też bicie, przynajmniej kobiety tak uważają.
– Jeśli to one obrywają, bo gdy jest odwrotnie, to jakby nie ma sprawy – śmiał zauważyć Alarcon. – Poza tym moja sprawa jak rozwiązuję spory między sobą a żoną, bo robię to za zamkniętymi drzwiami i pieniądze mojego ojca nie mają tutaj niczego do rzeczy. – Wstał i wyraźnie się postawił.
– A gdy miasteczko się dowie? Jak masz wzbudzać bezpieczeństwo, gdy...?
– To niech się też dowie za co oberwała. – Obie dłonie położył na biurku i pochylił się w taki sposób, by móc patrzeć Olmedo w twarz.
– Za co? – spytał leniwie, jakby z czystej ciekawości. Wyjął papierosa z ust i przeczesał siwe włosy.
– Nie szefa sprawa, miasteczka też nie. To moja żona, mam do niej prawa.
– Ale nie możesz jej bić.
– Sam szef swoją lał, że aż odeszła, a mnie będzie pouczał!
– Ale Helena nie zawracała tobie dupy, a twoja do mnie przychodzi.
– Więcej nie przyjdzie! – zapewnił podniesionym tonem z taką pewnością w szarych tęczówkach, że nawet Dante Olmedo nie miał siły się z nim sprzeczać. – Więcej nie przyjdzie – powtórzył już znacznie ciszej, ale przy tym jeszcze pewniej. Przestał pochylać się nad biurkiem i patrzeć w twarz siedzącego naprzeciwko szefa. Chciał już wyjść i wrócić do domu, rozmówić się z Clarą jak należy i wybić jej z głowy wizyty na komisariacie.
– Alarcon! – krzyknął za nim komendant. – Albo jej po laniu z domu nie wypuszczaj, albo nie bij po twarzy i najlepiej rób tak, by śladów nie było.
Hadrian przytaknął samym ruchem głowy i zamknął za sobą drzwi.
– Tak bym ja problemów przez to nie miał – dodał cicho już do zamkniętych drzwi Olmedo. Sięgnął po papierosa i zapałki. – No i kurwa nie rzucę. W tym zawodzie nie da się nie palić. Nie gdy pracuje się z takimi ludźmi – zamarudził i przyjrzał się zdjęciom postawionym na biurku. Byli na nim zawsze ci sami chłopiec i dziewczynka, z tą różnicą, że na pierwszym byli kilkuletnimi dziećmi, a na drugim niemal dorosłymi już ludźmi.

Arturo chcąc odciążyć żonę od opieki nad młodszymi dziećmi lub po prostu chcąc pozostać z nią sam na sam, zaproponował starszym synom, by wzięli maluchy do niewielkiego parku, znajdującego się naprzeciwko domu. Co prawda nie było to najbezpieczniejszym pomysłem, bo w parku tym były aż cztery niewielkie jeziora i Sylvia mu o tym napomniała, ale mężczyzna uznał, że Antonio i Jacopo są na tyle duzi, że sobie poradzą.
– Jak zmęczycie Matteo i uśpicie Clarę, to wieczorem, przed samym podwieczorkiem dam wam po bardzo dużym prezencie – obiecywał.
Antonio skusił się więc na to, by zaopiekować się młodszym bratem. Stwierdził, że weźmie piłkę i pokopie z nim ją tak długo, dopóki chłopiec się całkiem nie zmęczy.
Jacopowi więc pozostało zadanie polegające na wożeniu młodszej siostry w wózku. Nieszczególnie mu się to podobało, ale postanowił zagryź wargi i dać radę to przetrwać, gdyż Antonio zapewniał go, że dla tak dużego prezentu to na pewno warto.
Chłopcy wyszli z domu. Jacopo przykrył siostrzyczkę białym kocykiem wykończonym fioletową włóczką, a Antonio złapał Matteo za rączkę, jednocześnie niosąc piłkę pod pachą.
– Zobaczysz, szybko zleci i zaraz dostaniemy prezent – mówił podekscytowany dziesięciolatek.
– Oby – powarkiwał pod nosem Jacopo, starając się jednocześnie skręcić w lewo dużym i ciężkim wózkiem.
– Miałbym pytanie – zaczął nagle Antonio i zdawał się wyglądać tak, jakby zupełnie nie wiedział jak kontynuować zaczęty temat.
– Jakie?
– Chodzi o pomiary.
– O co?! – wykrzyknął zdziwiony brunecik i ponownie starał się skręcić ciężkim wózkiem, tym razem w prawo.
– Po-mia-ry – wysylabizował. – Mierzenie – zastąpił mądrze słowo innym, być może dla brata bardziej zrozumiałym.
– Co chcesz zmierzyć? Odległość jaką pokonaliśmy?
– Nie! To tata mierzy. Kobiety mierzy.
– Jest krawcem.
– Ale on je bez centymetra mierzy – trwał przy swoim blondynek. – A tak to się chyba nie da.
– Pracuje już tyle lat, że może on tak potrafi.
– Moim zdaniem to wyglądało tak, jakby on tej pani wcale nie mierzył, tylko obłapiał. I to tak samo obłapiał jak obłapia mamę.
– To jej o tym powiedz.
– Mamie czy tej pani?
– Mamie – odpowiedział zirytowany nierozumnością brata.
– Myślisz, że mogę?
Jacopo w odpowiedzi wzruszył ramionkami.
– Jak chcesz.
– A ty byś powiedział?
– Nie.
– To ja powiem, bo ja zawsze robię inaczej niż ty i nie chciałbym teraz zrobić tak samo.
Jacopo się ucieszył z takiego obrotu sprawy. Sam nie chciałby przekazywać mamie takich złych informacji, a choć zasłaniał ojca długoletnią pracą w zawodzie, to doskonale wiedział dlaczego mężczyźni dotykają inne panie niż swoje żony i z jakich robią to pobudek. Jacopo też nie miałby nic przeciwko, gdyby rodzice się rozstali, ale jednocześnie nie chciałby być odpowiedzialny za ich rozstanie.

Clara Alarcon tego dnia zapragnęła odświeżyć kolor włosów, więc zdecydowała się na ich samodzielne pofarbowanie. W tym celu zakupiła farbę u miasteczkowej fryzjerki i pierwsze co uczyniła po powrocie do domu, to udała się do łazienki, by móc patrzeć w największe z luster podczas nakładania.
W tamtej chwili nie interesowało ją nic innego, choć po głowie ciągle chodziły codzienne, domowe obowiązki. Wiedziała, że musi przetrzeć kurze, szczególnie stół, wstawić ugotowaną przez babcię zupę na palnik, by warzywa w niej doszły i zaopiekować się dziewczynkami, które za niedługo wrócą ze spaceru, na który wybrały się wraz z prababcią.
– Przydałoby się też zmieść i zmyć podłogi – powiedziała do samej siebie. – Jeszcze nie zaczęłam, a już czuję jak mi się nie chce – dodała i postanowiła zająć się precyzyjnym nakładaniem farby, którą wcześniej rozrobiła w blaszanej miseczce. Dolała też do niej odrobinę wody utlenionej, po to, by odrosty lepiej złapały kolor.
Clara obserwowała jak jej wypłowiały rudy intensywnieje, a odrosty stopniowo jaśnieją. To był taki czas tylko dla niej. Godzina na obserwowaniu siebie w lustrze, przerywana nakładaniem olejku balsamicznego na całe ciało i lakieru na paznokcie.
Kiedy ponownie zerknęła w lusterko, a efekt jaki powstał na włosach wydawał jej się być zadowalający, zdecydowała się na zmycie farby pod kranem umywalki i osuszenie głowy ręcznikiem.
– Oby tylko wszystko się udało – powiedziała do samej siebie i jak zwykle z lekkim przestrachem pozbyła się ręcznika z głowy.
Kolor jaki powstał przypadł jej do gustu. Co prawda nie była to planowana brudna czerwień, bardziej kasztan czy rudy wpadający w brąz, jednak i tak uśmiechnęła się do swojego odbicia. Szpecił jedynie siniec na policzku, ale miała powody, by nie skrywać go pod dużą ilością pudru. Po pierwsze, choć lubiła się malować, to nienawidziła, gdy makijaż jej ciążył, gdy zdawał jej się być taką maską. Po drugie była zdania, że ona nie ma się czego wstydzić, że to Hadrianowi powinno być wstyd za to jak ją potraktował i to nie tylko wstyd przed nią, ale także przed innymi i przed samym sobą.
Clara nie bała się męża, była gotowa, by stawić mu czoło. Mówiła sama sobie w myślach, że przecież ona się już starała o załagodzenie konfliktu, ale on nie podjął jej inicjatywy. Ruda postanowiła więc rozpocząć wojnę, z tego powodu nakrywając do stołu, postawiła na nim jedynie cztery talerze – dla siebie, dziewczynek i babci. Męża zdecydowała się pominąć, gdyż takiego jakim się dla niej stał nie zamierzała szanować. Pominęła też siostrę i jej trzech synów, gdyż ta akurat była w podróży. Emilia, która od trzech lat była wdową, wyjechała do narzeczonego, a dzieci pierwszy raz zabrała z sobą, by móc mu je przedstawić.
– Może to i lepiej, niech sobie życie układa – szepnęła do samej siebie, stawiając koszyk z chlebem na środek stołu.
– Kto taki? – zapytał męski głos.
Clara wystraszyła się na tyle, że aż podskoczyła.
– Emilia – odpowiedziała mężowi. – Nie sądziłam, że tak szybko wrócisz – dodała szybko, ale w pewnym momencie się zająknęła, bo coś w spojrzeniu Hadriana sprawiło, że nie czuła się bezpiecznie.
– Pewnie ucieszyłabyś się, gdybym wcale nie wrócił. – Spojrzał znacząco na stół i zastawę.
– A czego się spodziewałeś?! – lekko się uniosła i cały strach jakby gdzieś wyparował ogrzany gniewem i zadrą, która ciągle w niej tkwiła. – Oczekiwałeś, że po tym jak mnie uderzyłeś padnę ci do stóp lub że wszystko będzie po staremu?
Hadrian uśmiechnął się żałośnie, a potem jego mina sposępniała. Pociągnął nosem, a przewieszony przez rękę sweter odrzucił na zielony fotel. Podszedł do żony szybkim krokiem, chwycił za ramię i pchnął nie puszczając z taką siłą, że ta usiadła na kanapie.
Przerażona chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów i odwagi. Czuła jak w jej gardle wyrasta gula, która zapobiega wydobywaniu z siebie głosu. Na dodatek bolało ją prawe ramię, gdyż mąż chwycił za nie szczególnie mocno i nadal nie puszczał. Za moment poczuła też pieczenie na policzku.
– A ty czego oczekiwałaś!? – ryknął na nią. – Że pójdziesz do mojego szefa i wymusisz na mnie przeprosiny!? Co ci w ogóle odbiło, by iść na skargę!?
Tym razem uderzenie jakie spadło na jej policzek było znacznie silniejsze, więc zapobiegawczo zakryła się przed kolejnym. To rozwścieczyło Hadriana jeszcze bardziej i to na tyle, że zacisnął dłoń w pięść. Zanim jednak wyprowadził cios, przyłożył nadgarstek do ust i zagryzł fałdę skóry. Tylko dzięki bólowi jaki poczuł otrzeźwiał z gniewu na tyle, by rozłożyć dłoń. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby bił żonę z pięści, to mógłby zrobić jej poważną krzywdę. Z otwartej ręki jednak sobie nie żałował i już po chwili zupełnie nie obchodziło go to czy uderzenia spadają na twarz, głowę, ręce czy brzuch i ramiona.
Clara nie pozostawała mu dłużna. Znalazła w sobie siłę, by kilka razy kopnąć go w brzuch, dopóki nie obezwładnił jej nóg swoim kolanem. Dosięgnęła też twarzy Hadriana paznokciami, mocno ją przy tym zadrapując, ale tym sprawiła jedynie, że lanie jakie otrzymywała przybrało na sile.
– Zabijesz ją! – krzyknęła starsza kobieta i chwyciła męża wnuczki za ramię. Starała się go odciągnąć, ale doprowadziła jedynie do tego, że się wyprostował i przestał pochylać nad leżącą na kanapie żoną.
– Nie wtrącaj się – syknął. – A ty może przypomnij sobie co przysięgałaś.
– Też mi przysięgałeś – odpowiedziała Clara poprzez łzy, domyślając się, że Hadrianowi chodzi o przysięgę małżeńską. Poczuła jak słone smarki zmieszane z metalicznym posmakiem krwi wpadają jej do buzi.
Hadrian ponownie chciał się pochylić, nawet zaczynał się już zamierzać, ale starszej pani udało się wkroczyć dokładnie między niego a wnuczkę.
– Uspokój się, na Boga! – krzyknęła na niego. – Co też za czort w ciebie wstąpił!? Przecież ty jej krzywdę zrobisz!
Mężczyzna szybko doszedł do wniosku, że ze starszą osobą nie wypada się szarpać i z nią przepychać, dlatego miał zamiar odpuścić, ale gdy tylko chciał to zrobić, to Clara krzyknęła niewyraźnie:
– Zostaw go, niech zrobi, niech najlepiej zabije matkę dwójki swoich dzieci!
– Zamknij się – polecił jej słabo, jakby już nie miał siły na wrzask.
– Kawał gnoja jesteś – zdecydowała się powiedzieć, zmuszając samą siebie do tego, by brzmieć wyraźnie i zrozumiale.
– Zamknij się, powiedziałem – powtórzył.
– Oboje się uspokójcie. – Camila chwyciła Hadriana za obydwa ramiona i chciała go wypchnąć z pokoju, ale ten sobie na to nie pozwolił.
– Zostaw mnie! – ryknął.
– Kawał gnoja i skurwiela – oznajmiła Clara, dotykając zakrwawionej wargi. Czuła jak ta puchnie pod jej palcami.
– Przestań go prowokować! – zwróciła wnuczce uwagę.
W tamtej chwili Alarcon poczuł złość i bezsilność, i obie były silniejsze niż kiedykolwiek. Zrozumiał, że nawet siłą i przemocą nie zapanuje nad żoną i nie pozbawi ją własnego zdania, nie sprawi, że spokornieje. To jednak nie przekonało go do tego by odpuścić. W głębi duszy cały czas się łudził, że mocniejszym laniem dałby radę przemówić jej do rozumu. Sięgnął więc dłońmi do skórzanego paska, który miał przy spodniach i zaczął go rozpinać.
– Odsuń się – polecił i łypnął zdenerwowany spojrzeniem na babcie swojej żony.
Clara w tamtej chwili jakby czuła co się święci, więc niespodziewanie, co było zaskoczeniem dla niej samej, nabrała wody w usta i znowu nie była w stanie powiedzieć ani słowa. Patrzyła na szramy na twarzy Hadriana, które pozostały po jej paznokciach. Przyuważyła, że niektóre z nich lekko krwawią w kilku miejscach. Następnie zerknęła na pasek złożony w pół, który mocno ściskał w dłoni. Odsunęła się na tyle na ile pozwalało jej oparcie kanapy. Nie miała siły, by wstać i zacząć uciekać, ale w tamtej chwili niczego bardziej nie pragnęła.
– Śmiesz się jeszcze ze mną wykłócać? – zapytał żonę. – Ty chyba nie wiesz co to znaczy dostać prawdziwy wpierdol – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Odwróć się albo przypierdolę tam gdzie trafię, a ty w końcu wyjdź i przestań się wtrącać – polecił zarówno Clarze jak i jej babci.
– Nie wychodź. – Ruda złapała babkę za fragment spódnicy.
Camila westchnęła głośno, jakby była już zmęczona całą sytuacją.
– Oboje się uspokójcie, dzieci. Nie można tak. Pozabijacie się nawzajem, przecie. Diabły jakie w was wstąpiły, czy co? – zapytała i ponownie chwyciła Hadriana za obydwa ramiona, by ten nie zrobił czegoś głupiego i znowu nie rzucił się na żonę. Zrezygnowała jednak z wypychania go z pokoju. Zamiast tego sięgnęła do paska, który mężczyzna trzymał w dłoni. – Odłóż to, synek, zanim naprawdę krzywdę jej zrobisz. Przecież ty ją zabijesz. To twoja żona jest, nie chcesz jej chyba zabić, prawda?
Alarcon poczuł jak jego oczy zachodzą łzami, a potem namacalna stała się też wilgoć na policzkach. Potrząsnął głową, co znaczyło tyle co „nie” i zdecydował się odejść. Chciał odwrócić się na pięcie i w samotności wyjść z mieszkania, ale usłyszał tupanie małych nóżek, wciśniętych w dziecięce trzewiki, a następnie zgrzytnięcie klamki od drzwi wejściowych. Wsuwając pasek z powrotem do szlufek spodni, wyszedł córką naprzeciw.
– Tatko? – zdziwiła się, ale też ucieszyła mała Aurora.
– Dzień dobry, aniołku – powiedział do niej i przyklęknął na jedno kolano.
Amelia wykorzystała okazję i od razu przysiadła na tym drugim kolanie ojca.
– Tobie też dzień dobry. – Musnął młodszą o dwie minuty córkę w policzek.
– Mamy w domu kota? – zainteresowała rezolutnie Aurora. – Podrapał ci buzię.
Hadrian mimowolnie uśmiechnął się na wzmiankę o kocie, bo przypomniał sobie, że każdy mężczyzna w miasteczku, którego twarz, szyja lub ręce były podrapane właśnie kotem się wymawiał. W rzeczywistości nie było jednak żadnego mruczka, były za to żony i matki, ewentualnie córki.
– Nie zdejmujcie butów ani pelerynek. Pójdziemy na spacer – oznajmił dziewczynkom.
– My dopiero wróciliśmy ze spaceru. – Blondyneczka stojąca przed nim rozłożyła ręce w geście bezsilności, ale też w taki sposób, jakby chciała ojcu wyłożyć, że powiedział coś bardzo głupiego.
– Wróciłyśmy – poprawił ją mimochodem. – To pójdziemy jeszcze raz, tym razem do ciastkarni po jakieś ciastko – zaproponował.
– I po bezy dla mamy? – zapytała ucieszona czterolatka.
– Tak, i po bezy dla mamy – odpowiedział z niezwykłym smutkiem w głosie.
– To cudownie, to ja tak chcę! – wykrzyknęła, kręcąc się wkoło.
Granatowa polarowa pelerynka jaką miała na sobie zaczęła podnosić się do góry pod wpływem wiatru.
– To idziemy – zadecydował i wstał, biorąc Amelię na ręce. Przed Aurorą otworzył drzwi. – Gaduła przodem – oznajmił i czekał aż dziewczynka zejdzie na pierwszy schodek niewysokiego progu, który mieli przed drzwiami. W ostatniej chwili zdjął jeszcze marynarkę z wieszaka, zdając sobie sprawę z tego, że na dworze jest zimniej niż przypuszczał.

* Na początku zacytowałem fragment piosenki: Anita Lipnicka – Diabeł i Bóg
* Tym razem na zdjęciu jest mała Aurora, ale równie dobrze można uznać ją za Amelię, bo w końcu dziewczynki są bliźniaczkami i to łudząco do siebie podobnymi

sobota, 24 grudnia 2016

Rozdział 2: Trup w chacie nad rzeką (część 3)


Kłamiąc kłam tak byś w kłamstwa wierzył sam
Prawdy choćby gram, a w oczach sól
Raniąc rań tak jak chirurg, a nie drań
W półuśpieniu, w znieczuleniu nieuchwytny ból...

Hadrian stał w kuchni i pochylony nad stołem, kroił ziemniaki w długie i wąskie słupki. Popijał przy tym piwo wprost z butelki. Kiedy wszystkie obrane ziemniaki były już skrojone, upewnił się czy olej na patelni jest rozgrzany. Wydawało mu się, że tak, więc wrzucił do niego pokrojone warzywa i w znudzeniu wpatrywał się w proces smażenia. Nie lubił gotować i tak naprawdę rzadko to robił. Nauczył się jednak dla dziewczynek i dla Clary, by miała możliwość pracowania i nie obciążania przy tym babci kolejnym obowiązkiem. Poniekąd żałował, że nie stać go na zatrudnienie służby. Do takich wygód nawykł w domu rodzinnym, ale... ale dokonał wyboru. Wolał poślubić kobietę, którą pokochał, niżeli zostać jednym z dziedziców rodzinnego majątku. Sprzeciwił się więc rodzicom, ożenił i zamieszkał w rodzinnym domu własnej żony, mając świadomość, że pewnie nigdy nie zarobi wystarczająco dużo, by powrócić na ten sam stopień hierarchii społecznej jaki zapewniło mu przyjście na świat w majętnej rodzinie.
Usmażone ziemniaki wyłowił za pomocą płytkiego sita, otrząsnął z nadmiaru tłuszczu i przerzucił do porcelanowej miski, w której zwykle jadał zupę. Była jednak na wierzchu i pod ręką, więc uznał, że do frytek również się nadaje. Ulubione danie doprawił solą, pieprzem i ususzoną zmieloną papryką. Zdecydował się jeszcze posypać je ziołami prowansalskimi i kiedy już miał wychodzić z kuchni, to przypomniał sobie o piwie. Dopił je do końca i pozostawiając butelkę na stole. Wyjął z szafki drugie piwo i uporał się z kapslem przy użyciu zębów. Wypluł zbędny przedmiot wprost do kosza na śmieci.
Zasiadł w salonie, ale nie przy dużym stole, którego nie dało się upchnąć w kuchni, a przy biurku dostawionym do samego parapetu. Zajął się jedzeniem, piciem i wgapianiem w puste, ciemne ulice miasteczka. Raz tylko zerknął na fortepian, przypominając sobie moment zdania ciosu i obraz żony leżącej na klawiszach. Ten żałosny dźwięk, zarówno samego uderzenia, jak i melodię, którą wygrał fortepian słyszał w uszach wciąż i od nowa, dosłownie tak, jakby wydarzenie miało miejsce przed paroma sekundami, a nie ponad godziną.
Wrzucił do ust kolejny kawałek ziemniaka. Ten był mocno usmażony i ociekający olejem, więc zaraz po jego zjedzeniu oblizał palce i chwycił za butelkę piwa, opróżniając ją niemal do połowy. Był skupiony na wykonywanych czynnościach, gdyż to pozwalało mu na niemyślenie o niczym innym. Miał jednak doskonały słuch, więc nie umknął mu odgłos kroków za plecami. Nie zamierzał jednak odzywać się pierwszy.
– Hadrian? – rzekła Clara pytająco.
Nie odpowiedział. Wrzucił do buzi kolejną frytkę, a po niej kilka następnych. Te także popił alkoholem o naturalnej, chmielowej goryczce.
– Ciężko się mówi do twoich pleców – rzuciła w beznamiętny sposób. Miała nadzieję, że to wywrze na nim jakieś wrażenie, że sprawi iż się odwróci.
Nie odwrócił się. Jadł i pił dalej. Podobnie jak wcześniej wpatrywał się w szybę i krajobraz za nią.
– Jeśli uczyniłam coś czym cię uraziłam, jeśli w jakiś sposób ci zawiniłam, to wtedy osobiście cię przeproszę, ale... ale na chwilę obecną... ja nie wiem za co mnie uderzyłeś. – Podeszła bardzo blisko. Chwyciła za oparcie krzesła i przysiadła obok, opierając się o ścianę tuż przy oknie. – Powiesz mi o co chodzi? – dopytywała.
Oczy Alarcona się zaczerwieniły. Już wcześniej żyłki, które były oznaką zmęczenia i niewyspania pojawiły się na białkach, ale teraz było w nich coś co sprawiało wrażenie, jakby mężczyzna ledwie powstrzymywał się od płaczu.
– Mam prawo wiedzieć co spowodowało twój gniew! – lekko się uniosła.
– Nie masz już żadnych praw – rzucił chłodno, ale przy tym niezwykle cicho.
– Bo ty tak powiedziałeś? – postanowiła dopytać.
Przyjrzała się uważnie jego profilowi, mocno zarysowanej, zaciśniętej szczęce i drgającemu policzkowi oraz podbródkowi. Wiedziała, że nie doczeka się odpowiedzi.
– Spójrz na mnie! – wrzasnęła i szarpnęła za rękaw jego bordowej koszuli.
W tamtym momencie wstał z krzesła tak energicznie, jakby siedzenie go parzyło. Uderzył otwartą dłonią o blat biurka z taką siłą, że miska do połowy pełna frytek i butelka piwa podskoczyły.
– Chcę tylko wiedzieć o co ci chodzi – wyjaśniła płaczliwie, starając się powstrzymać nagły przypływ szlochu. Wycofała się przy tym do tyłu, możliwie jak najdalej, jakby to miało ją uchronić w razie potrzeby.
Usiadł ponownie i siląc się o opanowanie oraz spokój powrócił do konsumpcji. Przez jakiś czas milczał, ale potem rzekł stanowczo:
– Zniknij mi z oczu.
– A więc po prostu się wyżyłeś, tak? – zapytała, wstając z miejsca. – Daj mi powód, dla którego pierwszy raz podniosłeś na mnie rękę, bo jeśli nie było powodu, to nie licz, że ujdzie ci to płazem. Nie masz prawa mnie bić. Może inne kobiety sobie pozwalają. Ja nie pozwolę.
– I co zrobisz? – wymsknęło mu się z czystej ciekawości. Potem objął gwint butelki ustami i pociągnął spory łyk. Rzucił żonie wyzywające spojrzenie.
– To co powinna każda kobieta w takiej sytuacji. Pójdę na policję.
Wyśmiał ją.
– Drzwi szeroko otwarte – oznajmił. – Jak chcesz możesz złożyć zeznania tutaj.
– Pójdę prosto do twojego szefa – zagroziła i wróciła do pokoju córek, mając w planach spędzić tam resztę nocy.

Hadrian dokończył jedzenie i jak gdyby nigdy nic opuścił dom w celu zakupienia kolejnych butelek piwa. Co prawda sklepy w godzinach nocnych były nieczynne, ale bardzo dobrze znał cukiernika i jego syna, który prowadził jedyny sklep w miasteczku. Postanowił zabrać ze sobą psa. Przy Szogunie czuł się nawet bezpieczniej niż, gdy posiadał przy sobie kaburę z bronią i pełny magazynek naboi.
Państwo Alarcon i wszyscy domownicy rzadko wychodzili głównym wyjściem. To zwykle strzeżone było przez pokaźnych rozmiarów wilczura, poza tym zdawało się być okrężną drogą do centrum. Korzystali więc z tylnego wyjścia i przez to nikt wcześniej nie zauważył anonimowej wiadomości pozostawionej przez dwóch chłopców.
Hadrian dojrzał białą, pomiętą kartkę. Schylił się po nią, rozwinął, przeczytał i postanowił osobiście i samodzielnie sprawdzić czy czasami nie jest to jakiś żart niesfornych urwisów. Szczególnie zniesmaczyły go ortograficzne błędy, które nie sprawiały, że wziął ową informację na poważnie, ale by mieć całkiem czyste sumienie postanowił oprzeć sytuację na w razie czego i przezorny zawsze ubezpieczony. W ten sposób Hadrian Alarcon dotarł na miejsce zbrodni i nim ruszył na komisariat w celu powiadomienia o swoim znalezisku kolegów z pracy, to najpierw sprawdził puls denatki, choć tak naprawdę nie musiał tego robić, bo była bardzo zimna, odniósł nawet wrażenie, że lodowata, poza tym w powietrzu unosił się swąd początku rozkładu i noga kobiety była naruszona przez jakieś dzikie zwierze.
Brunet zmarszczył czoło i podnosząc się z kucek wyjął chusteczkę z kieszeni granatowego swetra. Przyłożył ją do ust i nosa, chcąc choć na krótki moment poczuć inny zapach niż ten odurzający smród. Zawsze był wrażliwy na zapachy. Jako dziecko pierwszy wiedział, gdy służba piekła placek, ale też robiło mu się niedobrze, gdy poczuł choć mizerny swąd spalenizny owego wypieku. Teraz też było mu niedobrze, na dodatek kręciło mu się w głowie, ale był już dorosły, musiał więc zacisnąć zęby i jakoś sobie z tym poradzić. W jego zawodzie zbytnie rozczulanie się nad innymi, ale też nad samym sobą, było nie do pomyślenia i zupełnie nie wchodziło w grę.
– No to mamy trupa w miasteczku – powiedział sam do siebie, powoli zmierzając w stronę policyjnego komisariatu.

Po około godzinie miejsce zbrodni zostało zabezpieczone, fotograf wykonał zdjęcia pozycji w jakiej pozostawiono zwłoki, ale też zdjęcie chaty i wszystkiego co dookoła.
– Jak umarła? – spytał Hadrian koronera. – Od tej rany? – wskazał palcem na dziurę w okolicy żeber.
– Nie wiem tego na pewno.
– A kiedy będziesz wiedział na pewno? – dopytywał wysokiego i szczupłego bruneta.
– Daj mi dzień, góra dwa – odparł.
– Proszę, masz kilka godzin. – Wstał z kucek i poszedł w stronę drzewa, o które opierał się jego partner.
Julio nawet nie spostrzegł, że ktoś koło niego stanął. Zajęty był spalaniem papierosa i czynił to w dużym skupieniu, starając się przy tym nie myśleć. Pierwszy raz na własne oczy widział coś takiego i tak naprawdę ukończona szkoła i te pół roku pracy w zawodzie, nie były w stanie przygotować go na tak makabryczny widok.
– Poczęstuj mnie – polecił Alarcon. – Wyszedłem z domu bez paczki – dodał wyjaśniająco.
Już po chwili obejmował papierosa ustami i odpalał za pomocą zapałki, których całe opakowanie użyczył mu kolega. Zaciągnął się i przez chwilę poczuł odprężenie, pomimo że ani okoliczności, ani miejsce nie należały do stosownych, by wspierać takie odczucia.
– Pewnie zabił ją jakiś przejezdny i tutaj pozostawił zwłoki – stwierdził uspokajająco. Tak naprawdę nie chciał dodawać tym otuchy Julio, ale samego siebie przekonać, że w miasteczku nie ma żadnego niebezpieczeństwa, i że nic nie grozi Clarze ani dziewczynkom, że jego mała rodzina może czuć się tutaj bezpieczna jak do tej pory.
– A jeśli nie? – spytał wypstrykując niedopałek możliwie jak najdalej.
– Co jeśli nie?
– Jeśli to tu ją zabito, a nie pozostawiono? Krew o tym właśnie świadczy.
– To nadal mógł to zrobić przejezdny! – uniósł się.
– A jeśli nie zrobił tego przejezdny!? Wiesz co to wtedy znaczy!?
– Tak! – ryknął. – Znaczy, że w miasteczku mamy mordercę. Tylko póki co sam nie chcę o tym myśleć – dodał i przeczesał włosy, zaczesując do tyłu dwa niesforne kosmyki, które opadały mu na czoło.

Pedro Rivera pomimo tego, że wciąż odczuwał niemiłosierny ból głowy, a przy tym mocne jej zawroty, zdecydował się na zwleczenie z łóżka i przygotowanie do wyjścia z domu. Chciał stawić się w pracy, pomimo że jego matka załatwiła z dyrektorem, by nie musiał do niej przychodzić przez kilka dni. Jelitówka, to choroba, która zapewniała co najmniej tydzień wolnego, ale on w dziwny sposób nie chciał wykorzystywać tego kłamstwa na swoją większą korzyść, niż ta, która była konieczna.
Tak naprawdę Pedro martwił się o Alicie, o to, że kobieta nawet się do niego nie odezwała, nie odwiedziła... zupełnie tak jakby nie istniał, a przecież zwykle widywali się codziennie.
– Powiedziałaś jej coś? – dopytywał, stając w kuchni.
Jego matka właśnie szykowała kanapki. Chwycił więc za jedną i nawet nie zdążył dotknąć nią ust, a już dostał po łapach.
– To dla mnie – oznajmiła kobieta. – Pijusowi nie będę usługiwała – dodała.
Zrobił niezadowoloną, a nawet lekko zawiedzioną minę i odwrócił się do blatu, by zabrać z niej kubek z kawą.
– Kawy też się nie waż ruszać, jest moja. Ty sam sobie możesz przygotować śniadanie. – Przełożyła kanapki na talerz, następnie na drewnianą tackę i wymaszerowała z niewielkiego pomieszczenia. Wróciła się jeszcze po kubek z gorącym napojem i postanowiła zacząć traktować syna dokładnie w taki sposób, jakby był niczym więcej jak tylko powietrzem.
– Mówiłaś coś Alici? – dopytywał, zapinając guziki białej koszuli.
Nie doczekał się odpowiedzi więc wszedł do pokoju matki i powtórzył pytanie, tym razem zakładając szelki na szerokie ramiona.
– Nie musiałam nic mówić. Sama się domyśliła. A teraz już idź do tej pracy i zejdź mi z oczu. – Spojrzała na syna z niekrytą odrazą i powróciła do jedzenia dopiero, gdy opuścił pokój.

Dzień w pracy dla Pedro wcale nie zapowiadał się dobrze. Z Alicią spotkał się już na korytarzu, ale ta nie wyraziła ochoty, by zamienić z nim chociażby jedno słówko. Na dodatek ledwie zjawił się w pokoju nauczycielskim, a został poproszony przez koleżankę z pracy, by przyniósł jej podręczniki do historii z biblioteki.
– Masz więcej siły, mnie się nie chce tego dźwigać – usprawiedliwiła tym sposobem fakt, że wysyła tam właśnie jego.
Rivera unikał wizyt w bibliotece jak tylko mógł. Z resztą Clara w podobny sposób unikała jego, ale tym razem wiedział, że i tak musiał się z nią zobaczyć. W końcu to ona kryła jego tyłek, gdy nawalił na całej linii i po prostu nie przyszedł do pracy. Zdecydował się więc wykorzystać ostatnie pół godziny przed zajęciami i odwiedzić cukiernie. Zakupił ulubione bezy Rudej, którą kiedyś, dawno temu, nazywał Czarną, przez kolor włosów na jaki je farbowała.
Wszedł do pomieszczenia, które pachniało starymi książkami i mocną, pomarańczową herbatą z dodatkiem cynamonu. Zrobiło mu się cieplej na sercu, podobnie zresztą, gdy wspomniał czekoladę na gorąco z laską wanilii, którą Clara niegdyś przygotowywała dla niego.
– Cześć – przywitał się i stanął przy ladzie.
Jednym słowem zmusił ją, by się odwróciła, gdyż wcześniej stała przy oknie i obserwowała zza białej, koronkowej firanki dzieci grające w piłkę i wyginające się na trzepaku.
Clara odwracając się, od razu zdjęła ciemne okulary, które były modne w poprzednim sezonie letnim i odpowiedziała Pedro na jego przywitanie.
Ten nie ukrywał swojego zdziwienia, nawet lekko rozchylił usta.
– Chciałem ci podziękować za to, że... że... Sama wiesz za co?
– Za to, że dyrektor opierdolił mnie za to, że tak późno powiedziałam mu o tym, że nie przyjdziesz do pracy?
– Właśnie za to – odpowiedział ze spuszczoną głową, drapiąc się przy tym po potylicy. Wyglądał przez to jak mały, niesforny i nieporadny chłopczyk.
– Drobiazg, Pedro.
Uśmiechnęła się od ucha do ucha, a on, choć nie chciał, to i tak zaczął lustrować zasinienie w okolicy jej oka i policzka.
– Co mi przyniosłeś? – Sięgnęła po pakunek i gdy tylko do niego zajrzała, to zdawała się rozpromienić znacznie bardziej. – Moje ulubione bezy – naumyślnie przeciągnęła ostatni wyraz. – Znaj moją dobroć, jedną cię poczęstuję – oznajmiła żartobliwie i wysunęła tytkę z zawartością wprost pod jego nos.
– Dziękuję. – Poczęstował się jedną, a potem poczuł, że nie wytrzyma i że koniecznie musi się o coś zapytać. – Z góry przepraszam, jeśli nie chcesz o tym mówić, ale co ci się stało? – Wskazał palcem na lewą stronę jej twarzy.
– A więc zauważyłeś? – Wciągnęła powietrze przez zaciśnięte zęby, tak mocno, że aż świsnęło. – Hadrianowi odbiło – odpowiedziała wprost, czym wprawiła mężczyznę w osłupienie i oniemienie. – Co się tak gapisz, jak na księdza głoszącego tureckie kazanie?
Pedro potrząsnął głową.
– Nie, nie, tylko... nawet się nie spodziewałem – odpowiedział i mocno przy tym zagestykulował jedną dłonią.
– Szczerze, to ja też się nie spodziewałam, ale jak widać, życie jest nieprzewidywalne i zawsze można je związać z totalnym dupkiem nawet o tym nie wiedząc.
– Już zapomniałem jaka potrafisz być bezpośrednia – powiedział bardziej dla zmiany tematu, niż dla chęci pociągnięcia go.
– Bezpośrednia to ja dopiero będę po pracy, gdy zawitam na komisariat.
– Idziesz z nim to wyjaśnić? – upewniał się, jednocześnie przeczuwając, że Clara miała coś zupełnie odmiennego na myśli.
– Z nim? Oszalałeś? Z jego szefem.
– Może stracić pracę – uświadomił jej Rivera.
– To znajdzie inną – odparła stanowczo.
– Clara... nie zrozum mnie źle, ale takie coś powinno się wyjaśniać w czterech ścianach.
– Gdyby jeszcze on chciał mi cokolwiek wyjaśnić, to uwierz, wyjaśniałabym, ale z nim się nie da. Czuję się dokładnie tak, jakby nagle do mojego domu wprowadził się obcy mężczyzna i zabrał mi tego mojego. Nie zrozumiesz tego – stwierdziła, widząc jego zakłopotanie i to jak szmera się po policzku.
– Pewnie nie – przytaknął jej. – Dla własnego dobra nawet nie będę próbował, ale pójście donieść na męża do jego miejsca pracy to ostatnia głupota. Ja bym się za takie coś wkurzył.
– Zacznijmy od tego, że ty nie podniósłbyś ręki na kobietę.
– No nie – przyznał jej rację. – Tak właściwie to ja przyszedłem tutaj po podręczniki do historii. Marcela mnie o nie prosiła.
– A mnie prosił dyrektor, bym tylko gdy cię zobaczę, powiedziała, że masz stawić się u niego w gabinecie.
– Cholera – zaklął.
– Tak, właśnie tak, będzie opierdol.

Arturo Bosca pochylał się nad materiałem w kwiaty i wykrawał z niego spódnice, którą zamówiła starsza, pulchna kobieta. Pracownicy salonu krawieckiego jak zwykle mieli pełne ręce roboty, więc był zmuszony sam, pomimo że był szefem, zakasać rękawy i brać się do pracy. Obwiązał więc wstążką podwinięty nad łokieć rękaw, by ten mu nie opadał i nie przeszkadzał przy odrysowywaniu kredą odliczonych centymetrów.
– Witam panie Bosca – usłyszał za swoimi plecami.
Odwrócił się powoli, nieśpiesznie, choć kobieta miała tak młody i melodyjny głos, że odczuwał dziwną potrzebę ujrzenia jej natychmiast, choćby po to, by się upewnić do kogo ten głos należy. Miał przeczucie, że już gdzieś go słyszał, i że było to całkiem niedawno.
– Pani... lekarz – szepnął.
– Alarcon. Margot Alarcon – przedstawiła się i wyciągnęła dłoń w jego kierunku.
Szybko ją ujął, nawet pocałował wierzch.
– Przepraszam, wczoraj musiałem niedosłyszeć nazwiska. To zbieg okoliczności czy jest pani rodziną Hadriana i Doriana?
– To moi bracia – odpowiedziała drobna brunetka, której uśmiech był niezwykle promienny, a zęby duże i białe. – Dopiero wróciłam do miasteczka po studiach i odbytym stażu. To dlatego wcześniej się nie spotkaliśmy – dodała.
– Zapewne, bo takiej kobiety nie umiałbym zapomnieć – skomplementował.
– A więc to prawda co o panu mówią.
– A co o mnie mówią?
– Kobiety głoszą, że gdy ma się zły dzień, chandrę, to wystarczy udać się do zakładu krawieckiego. Ponoć tu szybciej poprawi się nastrój niżeli nawet w zakładzie fryzjerskim.
– Liczę na to, że za tą opinią stoją moje prace, ubrania, a nie...
– Pan? – dopytywała, wchodząc mu tym sposobem w zdanie. – Proszę nie być skromnym. Fałszywa skromność to jedna z gorszych cech. Kobiety przychodzą tu dla pana i wciąż zamawiają nowe suknie, choć nie są im one w zupełności potrzebne. Jak widać, dużo się od nich nie różnię. – Zsunęła torebkę z ramienia i wyjęła z niej zwinięty na kilka części materiał o malinowym kolorze. – Chciałabym, by sukienka była prosta, skromna, ale odznaczała się pewną nieprzeniknioną subtelnością. Ma być zwyczajna, a jednak wyjątkowa – zaczęła składać zamówienie.
Arturo stał z materiałem, który przekazała mu na dłonie i z oniemieniem wpatrywał się w jego barwę. W jego oczach, na krótki moment, zawitały łzy. Szybko jednak je ukrył i odłożył materiał za siebie, jakby nie mógł znieść jego delikatnego dotyku, jego koloru.
– Czy coś się stało, panie Bosca? – zapytała Margot, zauważając nagłą zmianę w krawcu.
– Nie, nic. – Pokręcił głową i starał się zmazać wcześniejsze wrażenie. – Po prostu, mam ostatnio dużo pracy. Choćby to zlecenie dla pani brata...
– Odmówi mi pan? – powiedziała to w taki sposób, jakby chciała dać mu do zrozumienia, że żadnej odmowy nie przyjmie.
– Nie, skąd? Oczywiście, że nie, tylko czas oczekiwania...
– Poczekam ile będzie trzeba – ponownie weszła mu w zdanie. – Ile będę panu należna?
Arturo przez chwilę się zastanowił. Miał już przejść do pobierania wymiarów kobiety i zapisać je kredą na materiale, który od niej otrzymał, ale nagle poczuł, że musi zapytać o coś jeszcze.
– Ten materiał, gdzie go pani zakupiła?
– Pochodzi z Francji. Robi wrażenie, prawda?
– Prawda – przytaknął jej. – Potrzebowałbym taki sam.
– Nie ma mowy. Nie sprowadzę dla pana hurtowej ilości, bo wtedy moja suknie straciłaby na wyjątkowości. Wszystkie kobiety w miasteczku nagle miałyby podobną.
– Nikt nie mówił o hurtowej ilości, pani Alarcon. Myślałem tylko o mojej żonie.
– Jest pan żonaty? – zdziwiła się, a po chwili uderzyła samą siebie otwartą ręką w czoło. – A no tak, przecież ma pan syna. Całkiem wyleciało mi z głowy.
– Niech się pani nie martwi. Co drugiej kobiecie wylatuje to z głowy. Zupełnie nie wiem czemu, przecież ja nawet nie zachowuję się jak kawaler.
– A jak zachowuje się kawaler?
– Jak załatwi mi pani materiał, to może nawet pani pokaże. – Uśmiechnął się w sposób tak uwodzicielski, że z trudem, ale w końcu udało jej się oderwać od niego oczy.
– To już zakrawało o flirt, panie Bosca. – Teatralnie pogroziła mu palcem.
Złapał za niego i szepnął:
– Arturo, dobrze?
– Arturo?
– Tak, przejdźmy na ty – zaproponował.
– W takim razie Margot.
– Jak będzie z materiałem?
– Co tak panu... przepraszam. Co tak tobie zależy?
– Powiedzmy, że w moim życiu miał pewne mocne znaczenie.
– Znaczenie?
– Tak. Obiecałem żonie, że nigdy nie zabraknie jej sukienek, że będzie miała każdą jaką tylko sobie wymarzy, ale przez tyle lat nie byłem w stanie jej dać tej pierwsze upragnionej, tej od której wszystko się zaczęło.
– Państwa małżeństwo zaczęło się od sukienki?
– Poniekąd tak – powiedział cicho. Chwycił za centymetr krawiecki i oznajmił, że jest zmuszony zmierzyć ją osobiście, jeśli sukienka ma pasować idealnie.

Sylvia Bosca od pewnego czasu nie czuła się szczęśliwa. Dostrzegała zmiany jakie zaszły Arturo. Jej mąż co prawda nigdy nie był szczególnie wylewny w uczuciach, a komplementy na temat wyglądu czynił z rzadka, ot święta. Pomimo tego zawsze starała się dobrze wyglądać. Oczywiście robiła to dla niego, a nie dla samej siebie. Niezaniedbanie się przy takiej ilości dzieci i licznych obowiązkach domowych wymagało nie lada wysiłku, ale nawet najdoskonalszym makijażem nie była w stanie zakryć codziennego zmęczenia, pewnego rozdrażnienia i nieszczęścia dostrzegalnego głęboko w źrenicach.
Blondynka miała dość samotności, bo pomimo tak licznej rodziny ona czuła się niezwykle samotną osobą. Dzieci nie były dobrymi kompanami do dorosłych rozmów, a jakiekolwiek wyjście wiązało się zabraniem młodszych z sobą lub chwilowym pozostawieniem ich pod opieką starszych. Gdzieś w tym wszystkim najbardziej brakowało jej Arturo, którego praca i ciągła nieobecność spowodowały, że jedyne porozumienie sięgało ich dopiero w późnych godzinach nocnych i miało miejsce w łóżku.
– Czemu nie jesz, mamo? – zmartwił się Jacopo, zauważając, że matka jedynie dłubie widelcem w talerzu i co jakiś czas przywołuje rozbieganego Matteo do siebie, by choć odrobinkę ziemniaków z sosem i gotowanym mięsem wylądowało w jego buzi.
– Nie jestem głodna – odpowiedziała zgodnie z prawdą i wysiliła się, by wykrzywić usta w coś co pierwotnie miało przypominać uśmiech.
– Ja za to jestem głodny za dwoje. Muszę się teraz dobrze odżywiać, by szybko wrócić do zdrowia. Tak powiedziała pani lekarz – wygłosił swoją egocentryczną mowę Antonio, a potem zaczął nabierać jeszcze większe porcje na widelec i szybciej przeżuwać.
– Jedz, jak będzie trzeba to ci dołożę – zapewniła go Sylvia i ponownie krzyknęła na Matteo, by na moment przyszedł.
– Jus nie! – odpowiedział czterolatek. – Jus nie głodny – dodał, wspinając się na kanapę, a kiedy już mu się to udało, to zaczął wchodzić wyżej, na górę oparcia.
Sylvia przewróciła oczami i wstała z miejsca, by podejść do syna i ściągnąć go na podłogę, w obawie, że ten jeszcze wywinie orła i rozbije sobie głowę.
– Chętnie zjem jego porcję – zapewnił Antonio i zabrał talerz, w którym wcześniej dłubała widelcem matka. W ten sposób zamienił swój pusty, na cudzy pełny. Uśmiechnął się do Jacopo i poruszył znacząco brwiami.
– Czego znowu chcesz? – zapytał dwunastolatek.
– A ja coś mam – pochwalił się. – Ciekawe ile za to dostanę znaczków od Marcosa. Jak będę miał całą kolekcję, to sprzedam ją temu siwemu panu, co mieszka na drugim piętrze, tam gdzie pan Rivera. Ten pan zbiera tylko całe kolekcje.
– Co masz?
– Nie powiem – odpowiedział melodyjnie, niemal to wyśpiewując. – Nie powiem, nie powiem! – wykrzyknął i aż z radości podskoczył na krześle. – Tylko Marcosowi powiem – dodał i wtedy przez przypadek potrącił łokciem szklankę do połowy pełną kompotu. – O oł!
– Nie o oł, tylko to zetrzyj! – krzyknęła do niego matka. Wstała i podeszła do łóżeczka, by wziąć właśnie rozbudzającą się Clarę na ręce. Chciała oszczędzić dziewczynce rozpłakania się.
– Czemu ja muszę ścierać sam, a tata jak coś potrąci to zawsze ktoś za niego wyciera? – interesował się dziesięciolatek, marudząc przy tym co niemiara. – Za tatę wycierasz! – zarzucił matce i mokrą ścierkę, którą najpierw wytarł podłogę, a następnie stół, wrzucił do zlewozmywaka, wprost na stertę brudnych naczyń.
– Arturo jest moim mężem. Ty tylko synem – udzieliła mu odpowiedzi, która w jej mniemaniu miała wszystko wyjaśnić.
Poniekąd miała rację, bo Antonio taka odpowiedź całkowicie wystarczyła. W myślach uznał, że już się nie może doczekać aż będzie na tyle duży, by mieć żonę. Potem wyjawił to na głos, mówiąc do brata, że taka żona, to by po nim sprzątała wszystko, nawet zabawki.
Jacopo miał na ten temat jednak zupełnie inne zdanie. Był starszy, więcej rozumiał, ponadto od dziecka cechowała go mocno rozwinięta empatia. Uznał więc:
– Jesteś egoistą, tak samo jak nasz ojciec!
– Jestem kim? – zmarszczył nosek i obserwował jak jego brat pod wpływem wielkiego zdenerwowania wstaje od stołu i zasuwa za sobą krzesło.
Jacopo chciał już uciec do pokoju i zająć się odrabianiem pracy domowej, a potem pójść jeszcze na moment pod okno Caroliny, by zawołać ją do wspólnej zabawy, ale głos matki skutecznie zatrzymał go w miejscu.
– Naczynia, Jacopo, same się po tobie do zlewu nie włożą. I nawet nie myśl, że jak zjadłeś, to gdziekolwiek pójdziesz, bo jeszcze znowu gdzieś zaginiesz, a ja nie mam głowy do kolejnych zmartwień.
Chłopiec zawrócił więc i chwycił oburącz za talerz, na którym wcześniej ułożył szklankę i sztućce. Podszedł do zlewu i chwilę zastanawiał się nad tym czy po prostu odłożyć to wszystko spokojnie i delikatnie, czy okazać jakieś emocje. Zdecydował się na okazanie emocji. Rzucił więc naczyniami z taką siłą, że talerz pękł na trzy części, a szklanka posypała się w drobny mak.
Antonio wystraszył się trzasku i szeroko otworzył oczy. Od krzyknięcia jednak się powstrzymał, zatykając oburącz usta. W milczeniu obserwował co zdarzy się dalej. Przeczuwał, że będzie dym i gdy zobaczył matkę i jej zagniewany wyraz twarzy był już pewien, że jego przeczucia okażą się być całkiem trafione.
Sylvia straciła panowanie nad sobą. Zaczęła krzyczeć, mówiąc, że ma dość i że zachowują się nie tylko jak stado baranów, ale też przy okazji jak zupełnie niewychowane bachory.
– Ja nic nie zrobiłem! – przerwał jej Antonio. Zbulwersowany aż wstał z miejsca i stanął przed matką z gniewem wypisanym na twarzy.
Ta jednak go nie słuchała i krzyczała dalej.
– Głupia jesteś! – wykrzyknął i nie chcąc dalej oglądać własnej rodzicielki zdecydował się ją wyminąć, przy okazji popychając i uciec przed siebie, byle dalej od tego domu i tych ludzi.
– Antonio! – wrzasnęła za nim Sylvia. – Antonio, wróć się w tej chwili!
Chłopiec jednak wcale nie miał zamiaru wracać. Trzasnęły za nim drzwi.
– Przypilnuj Clarę – poleciła i wcisnęła córkę na ręce Jacopo.
Mała rozpłakała się wystraszona nerwową atmosferą, ale Sylvia nie miała czasu się nią przejmować. W klapkach wybiegła za dziesięcioletnim synem i zatrzymała go przed samą furtką. Udało jej się to tylko dzięki temu, że chłopiec przez doznany uraz kostki nie biegał tak szybko jak zazwyczaj.

* Na początku zacytowałem fragment piosenki: Grażyna Łobaszewska – Ślady na wodzie
* Na zdjęciu powyżej przedstawiona została Sylvia